Dekret nie mówi „przedsiębiorca”

W grudniu 2025 roku Watykan ogłosił cud za wstawiennictwem Enrique Shawa i otworzył drogę do beatyfikacji. Daty nadal jeszcze nie ma. Od tego zdania zacząłem szukać, kim on był.

Najpierw zobaczyłem, że nawet Watykan nie mówi jednym głosem. Dekret ogłoszony 18 grudnia 2025 roku w Biuletynie Sali Stampa po audiencji Leona XIV u kardynała Marcello Semeraro, prefekta Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, nazywa Shawa tylko tak: Czcigodny Sługa Boży Enrico Ernesto Shaw, wierny świecki i ojciec rodziny. Urodzony 26 lutego 1921 roku w Paryżu, zmarły 27 sierpnia1962 roku w Buenos Aires. W tym urzędowym tekście nie ma słowa „przedsiębiorca”.

Tego samego dnia Vatican News, opowiadając ten sam dekret, dopisało zawód: „argentyński ojciec rodziny, Enrique Ernesto Shaw, przedsiębiorca zaangażowany w różne dzieła kościelne”. Od tego dopisku wyszły media świeckie. Urzędowy tytuł — wierny świecki, ojciec rodziny — zamieniły na własne etykiety: przedsiębiorca Boga, bogaty businessman, święty kapitalista, pierwszy przedsiębiorca na ołtarzach.

Dekret mówił, kim jest wobec Boga i rodziny. Reszta — kim jest wobec rynku. Nie dawało mi to spokoju. Musiałem sprawdzić sam. Czytałem artykuły: katolicka nauka społeczna w firmie, bogata rodzina, skromne życie, codzienna Eucharystia, żona i dziewięcioro dzieci, śmierć na raka w młodym wieku, kilkaset robotników oddaje krew, a on mówi, że teraz w jego żyłach płynie krew robotnicza. Czegoś tu brakowało. Człowiek, który przez kilkanaście lat prowadził hutę szkła zatrudniającą tysiące ludzi, która nie zbankrutowała, musiał kierować się zyskiem. W jaki sposób łączył nauczanie Kościoła z zyskiem? Dla większości to sprzeczność. Przestałem czytać o Shawie i wziąłem jego notatki oraz kilka jego konferencji.

Shaw nie był właścicielem huty szkła. Był dyrektorem spółki z udziałowcami, potem z kapitałem amerykańskim. Miał stanowisko, prawo podpisu i około czterech tysięcy ludzi na zmianie. Umarł 27 sierpnia 1962, w wieku czterdziestu jeden lat. Właściciel rozdaje swoje. Menedżer stoi między piecem a radą nadzorczą. Ma utrzymać źródło pracy i nie sprzedać godności tych, którzy przy nim stoją. Tu jest heroiczność. Nie w tym, że urodził się w paryskim Ritzu.

Chciał być robotnikiem. W1945 myślał o ewangelizowaniu na hali produkcyjnej. Namówiono go, żeby nie uciekał ze środowiska tych, którzy decydują o etatach. Został dyrektorem z wyboru. „Święty przedsiębiorca” sugeruje, że świętość polega na tym, iż bogaty był dobry. On pisał o czym innym.

Zysk jest potrzebny: „pewne minimum zysku, adekwatne do podjętego ryzyka, jest bezwzględnym warunkiem istnienia”, bo „nie istnieje magiczna formuła, która pozwoliłaby firmie żyć ze strat”. To nie to samo co maksymalizować zysk. Pytać trzeba: jakiego minimum potrzebuje prawdziwe przedsiębiorstwo — nie jakie maksimum da się wycisnąć. Kto umyślnie, z zaniedbania albo z nieudolności nie dba o wynik finansowy, jest „nie tylko złym przedsiębiorcą, lecz również złym obywatelem”. Firma zaś nie jest prywatna tak jak dom: traktować ją wyłącznie jako rzecz właściciela to, pisał Shaw, pojęcie mylące.

To nie trzecia droga między socjalizmem a kapitalizmem. Huta musi wypracować zysk wystarczający, żeby przeżyć. Zysk wyciskany ponad to, bez oglądania się na ludzi, nie jest cnotą.

Dlatego kolejka robotników oddających mu krew jest prawdziwa, ale źle opowiedziana. To nie pan przyjmuje dar od ludu. To dyrektor, który w okólniku napisał, że bezrobocie jest złem moralnym, zanim jest złem gospodarczym — i że jedyną prawdziwą obroną wszystkich jest „produkować po kosztach, które pozwolą konkurować i sprzedać nasze wyroby, utrzymując w ten sposób źródło pracy”. Potem, gdy chciano zwolnić tysiąc dwustu ludzi, napisał, że jeśli odejdzie choć jeden, odejdzie i on — i pojechał z tym do Stanów.

Walczył o maksimum godności podwładnych w realiach tego świata, żeby nie zniszczyć źródła utrzymania. Papież Franciszek miał rację: nawet bogaty może być święty i Shaw nie był paternalistą. To on, jeszcze jako arcybiskup Buenos Aires, otworzył dochodzenie diecezjalne. Pomyłka zaczyna się, gdy z administracji cudzej huty robi się mit właściciela.

Do Buenos Aires poleciałem w lipcu na tydzień, żeby sprawdzić na miejscu, kim był Shaw, zanim padnie pierwsze zdanie: stanąć przy jego biurze w Rigolleau, pomodlić się przy grobie w bazylice del Pilar i nie wziąć z mediów gotowego człowieka. W hucie zostawili gabinet. Są pamiątki: biurko, powietrze starej dyrekcji, ślad, że ktoś tu naprawdę siedział. Gabinet unieruchamia mit. To za mało. Nie dowodzi świętości. Dowodzi miejsca. Dowodem jest decyzja podejmowana w pokoju, który nie był jego własnością.

Spotkanie z córką, Elsą Maríą, wyszło przypadkiem. Na końcu powiedziała, co po jego śmierci rzekł jeden z pracowników: „To, co dobre, krótko trwa”.

Daty beatyfikacji jeszcze nie ma. W roboczym programie listopadowej wizyty Leona XIV w Argentynie Shawa nie widać. Dopóki daty nie ogłoszą, nagłówki zdążą zrobić z niego kogoś, kim nie był.

„Święty menedżer” brzmi gorzej. Jest jednak prawdziwsze. W gospodarce cnoty widać nie po akcie własności. Widać je po tym, czy człowiek potrafi powiedzieć „nie” zwolnieniom i jednocześnie nie powiedzieć, że wszystko jedno, czy huta przetrwa.

—————–

Komunikaty SVD, Październik 2026, str. 18-19.

Zdjęcie u góry: Grób sługi Bożego Enrique Shawa w Bazylice del Pilar w Buenos Aires. Fot. Jacek Gniadek SVD

 

Z o. Jurkiem Faliszkiem SVD i z Elsą Marią, córką sługi Bożego Enrique Shawa.

Huta szkła Rigolleau w Berazategui, położona we wschodniej części prowincji Buenos Aires.

Biuro Enrique Shawa w hucie szkła.

Bazylika del Pilar w Buenos Aires, gdzie jest pochowany Enrique Shaw.

Kościół parafialny w Berazategui.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to top