Migranci i lęk przed obcym

(3 marca, 2017)

Po kazaniu z okazji Dnia Migranta i Uchodźcy przyszła do mnie pewna kobieta na rozmowę do zakrystii. Rozmawialiśmy o lęku i strachu przed imigrantami z obcej kultury. Mówiłem na kazaniu, że gościnność powinna być cechą ucznia Chrystusa. Powiedziałem także, że gościnność ma swoje granice i każdy musi o tym zdecydować sam w swoim sumieniu. Kobieta tego jednak nie usłyszała. W rozmowie w zakrystii powiedziała mi, że nie chce mieszkać obok obcych w sąsiedztwie, gdyż boi się o swoje dzieci. Widziałem w jej oczach przerażenie. Lęk jest czymś ludzkim. Każdy ma prawo się bać.

Lęk przed obcymi bierze się stąd, że ludzi zmusza się dzisiaj do przymusowej integracji. Dochodzi do niej wtedy, kiedy politycy próbują do kraju zaprosić kogoś, kogo nikt nie chciałby przyjąć we własnym domu. „Byłem przybyszem, a przyjęliście mnie” (Mt 25,35). Te słowa Jezusa z opisu Sądu Ostatecznego zakładają, że osoba przyjmująca posiada na własność dom, w którym może przyjąć obcego. Nie wypada zaprosić kogoś do domu, którego nie jest się właścicielem. Własność prywatna jest przestrzenią, w której jednostka może podejmować autonomiczne decyzje i ma prawo odmówić, jeżeli ktoś w jej imieniu zaprasza niechcianego gościa. Własność jest nie tylko przedłużeniem ludzkiej wolności, ale jest zarazem jej widzialną granicą i stanowi obronny mur przed potencjalnym agresorem. Według ojców Soboru indywidualne formy posiadania dóbr pozostawiają każdemu człowiekowi niezbędną „przestrzeń koniecznie potrzebną dla autonomii osobistej i rodzinnej i należy je uważać za poszerzenie niejako wolności ludzkiej” (Konstytucja duszpasterska o Kościele w świecie współczesnym, 71).

Prywatny dom

Bardzo często wizję Sądu Ostatecznego (Mt 25,31–46) odnosimy tylko do sytuacji ekstremalnych. „Byłem głodny, a daliście mi jeść”. Kiedy słyszymy te słowa, wyobrażamy sobie człowieka umierającego z głodu, a w jego twarzy widzimy oblicze cierpiącego Chrystusa. To jest interpretacja, do której jesteśmy w naszej tradycji przyzwyczajeni. Warto odnotować, że wizja Sądu Ostatecznego jest poprzedzona przypowieścią o talentach (Mt 25, 14–30). Co oznaczają słowa „byłem głodny”? Każdy z nas jest głodny trzy razy dziennie. Czy piekarz, który piecze chleb i sprzedaje go na rynku nie karmi głodnych? Jeżeli nie robiłby tego, mógłby zakopać pod ziemią swój przedsiębiorczy talent i utracić życie wieczne.

Ten sposób rozumowania prowadzi jeszcze do jednego wniosku, że rozdawanie chleba głodnym w sytuacji ekstremalnej zakłada, że jesteśmy jego właścicielami. Rozdawanie cudzej własności nie jest dobroczynnością. Teraz łatwiej jest zrozumieć słowa o przyjęciu obcego. One również zakładają, że przyjmujący posiada dom na własność, do którego przyjmuje obcych w gościnę. Własność prywatna wyznacza naturalną granicę, której nikomu nie wolno przekroczyć. Własność prywatna jest również warunkiem czynienia dzieł miłosierdzia. Prawo powszechnego używania i uniwersalne przeznaczenie dóbr nie osłabia, a tym mniej, nie niweczy prawa prywatnej własności, które łączy się nierozdzielnie z wolnością człowieka.

Imigranci i emigranci

Świat jest podzielony na państwa. Nie ma dzisiaj innego świata. W przeciwieństwie do granicy wyznaczonej przez własność prywatną, są to granice sztuczne, które są wypadkową politycznych kompromisów. Granice państw afrykańskich zostały wyznaczone przez kolonizatorów na Konferencji Berlińskiej pod koniec XIX w. i od tamtego czasu nie uległy większym zmianom. Podział świata na państwa implikuje, że istnieją dwie grupy ludzi, którzy się przemieszczają: imigranci i emigranci. Mianem emigrantów określa się te osoby, które opuszczają swój kraj, a imigrantów, którzy przyjeżdżają do obcego państwa. Terminy te są więc politycznie uwarunkowane. W kościele migranci są nazywani także ludźmi w drodze. Termin ten, który znajdujemy w instrukcji watykańskiej Erga migrantem caritas Christi („Miłość Chrystusa do migrantów”), lepiej z teologicznego punktu widzenia oddaje sens ludzkich migracji. Ludzie na ziemi są tylko pielgrzymami zdążającymi do swojej ojczyzny w niebie.

Imigrant lub emigrant muszą pokonywać granice państw, aby poszukiwać lepszych warunków życia. Kościół naucza, że każdy ma prawo, aby opuścić swój kraj, ale prawo do emigracji musi łączyć się z chrześcijańskim obowiązkiem udzielenia gościnności. Człowiek w drodze pragnie zastąpić mniej zadowalający stan rzeczy bardziej zadowalającym. To cała tajemnica ludzkiego działania, a więc i także migracji. Na jego drodze pojawiają się często sztuczne przeszkody, których nie jest w stanie pokonać. Może mieć nawet zaproszenie do odwiedzin kogoś w jego prywatnym domu na terenie sąsiedniego państwa, ale nie posiadając legalnego pozwolenia na przekroczenie granicy, jest przymusowo wykluczony.

Obcy w polskim Kościele

„Byłem przybyszem, a przyjęliście mnie”. Co Jezus chciał nam powiedzieć? Problem pojawia się w tłumaczeniu słowa „xenos” na język polski. W języku greckim słowo to oznacza „obcego” i tak jest przetłumaczone w innych językach. W języku polskim w Biblii Tysiąclecia zostało przetłumaczone jako „przybysz”. Wcześniej w przekładzie Biblii Wujka Jezus miał powiedzieć: „Byłem gościem a przyjęliście mnie”. W polskiej tradycji chrześcijanin nie jest więc oswojony ze słowem „obcy”. Nie pomaga mu w tym również katechizm, gdzie uczynki miłosierdzia co do ciała mówią o przyjmowaniu podróżnych.

Słowa Jezusa z Sądu Ostatecznego nie odnoszą się tylko do sytuacji kryzysowej, kiedy mamy udzielić schronienia uchodźcy. Warto podkreślić, że termin ksenofobia, czyli strach przed obcymi, wywodzi się od greckiego słowa „xenos”, które znajdujmy w omawianym fragmencie Ewangelii. Jeżeli Jezus chce, abyśmy przejęli obcego, to chce w nas ukształtować postawę przeciwną do strachu przed nieznanym, czyli postawę sympatii do cudzoziemców i tego co jest nieznane. W Starym Testamencie Bóg mówi do Izraelitów: „Wy także miłujcie cudzoziemca, boście sami byli cudzoziemcami w ziemi egipskiej” (Pwt 10,19). W Nowym Testamencie nie chodzi już tylko o przyjęcie obcego. Chrześcijanin musi być otwarty na wszystko to, co jest jeszcze mu nieznane, gdyż Boga nie można całkowicie zdefiniować tylko w obrębie własnej kultury.

Uczniowie z Emaus

Bóg ciągle przychodzi do człowieka, aby go zbawić. Wykorzystuje wszystkie sposoby, aby do niego dotrzeć. Bóg zna dobrze ludzką naturę. Człowiek ma tendencję do zamykania się w twierdzy, w której zamyka również Boga. Otwierając się na to co obce, człowiek może zburzyć swój dotychczasowy obraz Boga i zbudować go na nowo. Spotkanie z obcym jest dla wiary chrześcijanina zawsze inspirujące. Może być jak otwarcie okna i wpuszczenie do pokoju świeżego powietrza.

Przekonali się o tym dwaj uczniowie udający się z Jerozolimy do Emaus. Rozmowa ze zmartwychwstałym Chrystusem, którego na początku nie rozpoznali, odmieniła ich życie. Uczniowie nie byli w stanie zrozumieć, dlaczego Mesjasz musiał cierpieć, gdyż ich serca i umysły były pełne obrazów śmierci i zniszczenia, jakie pozostawiło w nich wydarzenie Wielkiego Piątku. „Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć – powiedział im obcy – aby wejść do swojej chwały?” (Łk 24,26). Spośród wszystkich słów wypowiedzianych przez tego obcego, było jedno słowo „chwała”, które szczególnie utkwiło w ich umysłach i umożliwiło im dostrzec coś, czego nie byli w stanie wcześniej zobaczyć. Na tym nie zakończyła się ich rozmowa. Dwóch wędrowców zaprosiło obcego do siebie na nocleg. Przy łamaniu chleba rozpoznali w nim samego Chrystusa.

Słowa Jezusa „Byłem obcym, a przyjęliście mnie” oznaczają, że chrześcijanin powinien ciągle balansować między lękiem i strachem przed obcym, a otwartością na to, co jest obce i nieznane. Może to robić w granicach wyznaczonych przez własność prywatną. Jest to granica, której nikomu obcemu nie wolno przekraczać bez zaproszenia. Nie czyni tego nawet sam Bóg.

Warunki brzegowe wiary

Kilka dni temu byłem na filmie „Milczenie” w reżyserii Martina Scorsesa. Jest to film na podstawie powieści Shusaku Endo, w której japoński pisarz opisuje misje jezuitów w feudalnej siedemnastowiecznej Japonii w obliczu okrutnych prześladowań. Scorsese nie wnosi nic nowego do fundamentalnego pytania o pochodzenie zła i cierpienia, ale jest w tym filmie coś, na co warto zwrócić uwagę, choć nie było to prawdopodobnie intencją reżysera.

Prawie cztery wieki temu tysiące prześladowanych japońskich chrześcijan oddało życie za wiarę. Na ich tle Scorsese pokazuje sylwetki trzech portugalskich misjonarzy, z których dwóch popełniło akt apostazji, będąc pod presją ze strony bezwzględnych japońskich inkwizytatorów, którzy usiłowali wyplenić z Japonii chrześcijaństwo jako niebezpieczną religię. Jedynie o. Garupe oddaje swoje życie za wiarę, rzucając się w morze, aby ratować wyrzucanych z łódki do wody powiązanych w maty japońskich katolików. Warunki brzegowe jego wiary są przejrzyste i zgodne z tym, do czego jesteśmy kulturowo przyzwyczajeni. Zadaniem kapłana jest wzmacnianie wiary innych.

O. Garupe przybywa do Japonii razem z o. Rodriguesem w poszukiwaniu ich dawnego profesora z seminarium, o. Ferreiry, o którym słyszeli, że wyrzekł się wiary. Ten doświadczony jezuita przesuwa warunki brzegowe swojego religijnego doświadczenia i kwestionuje wyjątkowość zbawienia w Jezusie Chrystusie. Dochodzi do tego w obliczu nowego doświadczenia obcej kultury i religii, w których odnajduje nowe odpowiedzi na swoje pytania o zbawienie. Dzisiaj za sprawą Jacquesa Dupuis SJ (+2004), innego jezuity i autora książki „W kierunku chrześcijańskiej teologii pluralizmu religijnego”, w której przyjmuje pluralizm religijny jako pozytywny de principio, świadczący o hojności objawienia się Boga ludzkości na różne sposoby, o. Ferreira mógłby w inny sposób rozwiązać problem, przed którym stanął już niejeden misjonarz pracujący w Azji.

Postać o. Rodriguesa jest bardziej złożona i pozostawia wiele znaków zapytania. W obliczu strachu i lęku przed prześladowaniem o. Rodrigues przesuwa warunki brzegowe swojej wiary w Boga do wymiaru małego krzyżyka, który chowa po kryjomu przed inkwizytatorem. Publicznie wyrzeka się wiary, ale prywatnie pozostaje przy krzyżyku. Przesuwa warunki brzegowe swojej wiary i balansuje na granicy, ale nie potrafi jej określić nawet tak, jak jego japoński tłumacz i katolik, Kichijiro, który za każdym razem kiedy zmuszony jest do wyrzeczenia się swojej wiary w obliczu grożącego mu prześladowania, biegnie do spowiedzi i żałuje za swój grzech. Młody jezuita nie potrafi się określić. Święty Mateusz Ewangelista zanotował słowa Jezusa: „Do każdego, kto przyzna się do mnie przed ludźmi, przyznam się i ja przed moim Ojcem, który jest w niebie; a każdego, kto mnie się wyprze przed ludźmi, wyprę się i ja przed moim Ojcem, który jest w niebie” (Mt 10,32-33). Ostatnia scena filmu pokazuje pochówek o. Rodriguesa w obrządku buddyjskim. W jego dłoniach ukryty jest krzyżyk, który włożyła mu jego japońska żona, wdowa po samuraju, który wolał zginąć, niż wyrzec się wiary w Chrystusa. Co oznacza ten krzyżyk? Nie wiemy do końca. A może akt wiary i przyznanie się do Chrystusa przed żoną, kiedy stanął w obliczu śmierci? Scorsese pokazał, że akt apostazji nie jest w gruncie rzeczy łatwy do oceny. Bardzo wiele jest przed nami zakryte. Ocenia tylko Bóg, który widzi granice, jakie mamy pokonać.

Korytarze humanitarne

Strach i lęk przed zagrożeniem lub utratą życia wywołuje w człowieku różne emocje i reakcje. Nie wszyscy zachowują się tak samo. Dzisiaj ktoś może nie przyjąć obcego, gdyż boi się o swoje życie, ale jutro może zmienić zdanie. Polacy w sprawie przyjmowania uchodźców są podzieleni. Z jednej strony padają w mass mediach głosy, aby otworzyć się na przyjęcie muzułmańskich uchodźców. Wykorzystywany jest do tego argument chrześcijańskiej gościnności. Trochę dziwnie brzmi on zwłaszcza w ustach osób, które na co dzień raczej nie odwołują się do wartości chrześcijańskich. Ta werbalna presja rodzi internetowy „hejt” do imigrantów u tych, którzy już sam pomysł sprowadzenia muzułmańskich uchodźców uważają za zdradę narodowych i katolickich interesów. Z drugiej strony jest stanowisko obecnego rządu PiS-u, który od samego początku był przeciwny przyjęciu u siebie uchodźców przydzielonych Polsce przez Unię Europejską.

W ten obraz skonfliktowanych dwóch stron wchodzą polscy biskupi. Mam wrażenie, że zostali na początku ubiegłego roku przed Światowymi Dniami Młodzieży wywołani do tablicy przez papieża i odrabiają pośpiesznie zadanie domowe ze słów Jezusa „Byłem przybyszem, a przyjęliście mnie”. Kard. Kazimierz Nycz w swoim liście na Wielki Post w tym roku zwraca uwagę na światowy kryzys uchodźczy i zachęca wiernych do udzielenia im pomocy. Kardynał przypomina, że od kilku miesięcy działa program pomocowy Caritasu „Rodzina Rodzinie”, który polega na finansowym wsparciu rodzin poszkodowanych w wyniku wojny w Syrii. Metropolita warszawski zwraca uwagę na obecność w Polsce tysięcy Ukraińców, którzy przybyli do nas jako ekonomiczni imigranci i których należy otoczyć chrześcijańską gościnnością. Uważam jednak, że zupełnie niepotrzebnie kard. Nycz wspomniał o korytarzach humanitarnych, które stały się kością niezgody i zalążkiem politycznego sporu od momentu, kiedy Caritas Polska, który został wyznaczony przez Kościół do rozmów z rządem w tej sprawie, nie otrzymał od rządu jednoznacznej odpowiedzi. Pomysł sprowadzenia samolotem na leczenie kilkudziesięciu uchodźców syryjskich, wzorowany na włoskim projekcie Wspólnoty Sant’Egidio, nie doszedł do skutku. Nie było od rządu konkretnej odpowiedzi, ale wcześniejsze negatywne i zdecydowane stanowisko rządu w sprawie sprowadzenia uchodźców wskazywało jednoznacznie na to, dlaczego nie udzielono takiej odpowiedzi.

Nie jestem zwolennikiem rządów Beaty Szydło i wielokrotnie krytykowałem Program 500+, ale w tej kwestii podzielam zdanie rządu, ponieważ uważam, że najlepszą formą pomocy ofiarom wojny w Syrii jest odbudowa szpitali i szkół. Nie dziwi mnie, że „Laboratorium Więzi” przedrukowało list kardynała i nadało mu redaktorski tytuł:  „Kard. Nycz: Jesteśmy przygotowani na organizowanie korytarzy humanitarnych. Potrzebna jest otwartość władz państwowych”, ale ubolewam nad tym, że list kardynała został nadużyty wbrew intencji autora. Zwrócił na to uwagę ks. Waldemar Cisło, dyrektor polskiej sekcji stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie (PKwP), który był obecny podczas środowej konferencji prasowej rządu (01 marca 2017) na temat pomocy dla Syrii i zdecydowanie odciął się od uprawiania polityki na ludzkim nieszczęściu. Ks. Cisło od samego początku konfliktu w Syrii podkreślał, że pomoc Syryjczykom należy nieść na miejscu i w tym celu zbiera fundusze na budowę szpitala w Syrii. W swoim stanowisku ks. Cisło nie jest odosobniony, gdyż podobne zdanie wyrażają biskupi syryjscy, którzy za pośrednictwem PKwP zwrócili się do polskiego rządu o pomoc. Pomoc ta została udzielona i podejrzewam, że zamyka ona definitywnie kwestie korytarzy humanitarnych. Pozostaje ciągle pytanie, jak pomagać.

Rozeznanie

Papież Franciszek w swojej adhortacji o rodzinie i miłości Amoris laetitia (2016) wielokrotnie używa słowa „rozeznanie”. Rozeznawanie to termin kluczowy, który stanowi o istocie jezuickiej duchowości i dlatego pojawia się w tekście papieża, który był jezuitą. Rozeznawanie bierze pod uwagę bogactwo i złożoność życia człowieka oraz zakłada, że w procesie dokonywania przez człowieka wyboru Bóg jest aktywny. Krytycy papieża Franciszka odczytują jego adhoratację w duchu hermeneutyki zerwania z tradycją i nauczaniem Kościoła w sprawie nierozerwalności małżeństwa. Obrońcy Franciszka twierdzą, że w dylematach moralnych kwestia świadomości i odpowiedzialności za grzech jest  skomplikowana i nie ma tylko jednej odpowiedzi.

Myślę, że ten sam sposób rozumowania można zastosować do opisu zakresu chrześcijańskiej gościnności, której udzielamy obcemu. Z całą pewnością nie jest on taki sam u każdego chrześcijanina. Każdy kieruje się własną skalą wartości, którą buduje w oparciu o swoje sumienie, doświadczenie wiary i nowe informacje o świecie. Za podejmowanymi decyzjami kryją się różne nieznane przesłanki, dlatego wolne decyzje jednostki nie powinny być oceniane przez osoby trzecie. Powinna być pozostawiona każdej jednostce wolność w podejmowaniu decyzji o przyjęciu w swoim domu obcego. Dzisiaj może takie osoby się wahają, ale jutro mogą zmienić zdanie, co nie oznacza, że już wiemy, jaka będzie ich ostateczna decyzja. Gościnność jest cechą ucznia Chrystusa. Ale czy można powiedzieć, że ktoś, kto nie chce przyjąć obcego, nie jest chrześcijaninem? Świat jest podzielony na wiele granic, które musimy w życiu pokonać. Jedne są naturalne, to znaczy granice wyznaczone przez własność prywatną, a inne sztuczne, np. granice państwowe.

Obalenie w ubiegłym wieku własności prywatnej doprowadziło do wyeliminowania ekonomicznej kalkulacji, a to z kolei uniemożliwiło poruszanie się ludziom w społecznym systemie podziału pracy i przyczyniło się do upadku komunizmu. Kalkulacja ekonomiczna, która nie istnieje bez własności prywatnej, jest busolą, która umożliwia poruszanie się ludziom w społecznym systemie podziału pracy. Pozbawienie człowieka możliwości prywatnego posiadania jest więc poważną przeszkodą w swobodnym podejmowaniu decyzji. Święty Jan Paweł II nauczał, że człowiek pozbawiony własności prywatnej nie jest w stanie zrozumieć swojej godności jako osoby i nie potrafi tworzyć autentycznej ludzkiej wspólnoty (Centesimus annus, 13).

Brak zrozumienia istoty własności prywatnej sprowadził socjalistycznych planistów na manowce, ale okazuje się, że rola własność prywatnej nie ogranicza się tylko do sfery ekonomii. Prawdziwe problemy w naszych czasach zaczęły się w dniu, kiedy zaczęliśmy rozdawać cudzą własność i nazywać to dobroczynnością. Dzisiaj chcemy zaprosić obcego do nie swojego domu i odmowę przyjęcia nazywamy brakiem chrześcijańskiej gościnności.

Zdjecie: Rodzina na ulicy. Fot. pixabay.com

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to top