Teologia sukcesu

Finis coronat opus

08 czerwca 2014

Od kilku miesięcy otrzymuję co miesiąc dziesięcinę od pewnego chrześcijanina z Lindy (dzielnica w Lusace, stolicy Zambii). Należy on do jednego z niezależnych kościołów afrykańskich. Za każdym razem próbuję mu wytłumaczyć, że dziesięcina z płodów rolnych, która była przeznaczana na utrzymanie lewitów w Starym Testamencie, dzisiaj już nie obowiązuje. Nieznajomy tylko uśmiecha się, kładzie kopertę z pieniędzmi na biurku i wychodzi.

Do dzisiaj nie znam jego motywów. Za pierwszym razem przedstawił się i krótko wyjaśnił, że podoba mu się to, co robimy w Lindzie. Miał na myśli przedszkole, które powstaje przy naszym kościele. Ale dlaczego ofiarę w kopercie nazywa dziesięciną?

Płacenie dziesięciny jest popularne w Zambii w niezależnych kościołach afrykańskich. Protestanccy pastorzy powołują się w swoich kazaniach na tekst proroka Malachiasza (Ma 3,6-12). Obiecują Boże błogosławieństwo w zamian za złożenie dziesięciny, a za nie wywiązanie się z tego obowiązku straszą przekleństwem.

Amerykański kaznodzieja Robert Tilton sformułował nawet „prawo rekompensaty” w oparciu o Pismo Święte (Mk 10,30; 2 Kor 9,6; Gal 6,7), które funkcjonuje wśród zwolenników teologii sukcesu. Chrześcijanie, którzy są hojni i wspaniałomyślni w dawaniu, otrzymują od Boga w zamian stokrotnie więcej. Gloria Copeland, autorka książki „God’s Will is Prosperity” i żona słynnego amerykańskiego zielonoświątkowego teleewangelisty Kennetha Copelanda, mówi w bardzo prosty sposób, że wystarczy dać dziesięć dolarów, aby otrzymać w zamian tysiąc. Teologia sukcesu oparta jest na błędnych przesłankach. Jezus nauczał dokładnie czegoś przeciwnego. Mamy czynić dobrze i niczego nie spodziewać się w zamian (Łk 6, 35).

Coraz więcej Zambijczyków próbuje kupić błogosławieństwo za dziesięcinę. Wierzą, że jego zewnętrznym przejawem jest materialne bogactwo i zdrowie. Traktują Boga jak automat do puszek Coca-coli. Niektórzy moi parafianie pod wpływem protestanckiej teologii sukcesu zanoszą dziesięciny do innych kościołów, wierząc, że otrzymane w ten sposób Boże błogosławieństwo przyniesie im bogactwo.

Ten zwyczaj przenika także do kościoła katolickiego w Zambii. W sposób nieformalny jest popierany przez lokalny Kościół. Dyskusja na temat płacenia dziesięciny jest bardzo żywa w mojej parafii w Lindzie. „Czy katolik powinien płacić dziesięcinę?” – to przerabiany już wielokrotnie temat katechezy dla dorosłych w małych wspólnotach chrześcijańskich w parafii. Mimo tego temat dziesięciny ciągle powraca jak bumerang.

Nauczanie Kościoła w tej kwestii jest jednoznaczne. Według piątego prawa kościelnego („Troszczyć się o potrzeby wspólnoty Kościoła”) katolik ma obowiązek wspierać kościół materialnie w miarę swoich możliwości. Przykazanie to nakazuje wiernym dbać o zabezpieczenie kultu we wspólnocie, prowadzenie działalności charytatywnej, wychowawczej i godziwego utrzymania duszpasterzy.

Jak należy rozumieć słowa „w miarę możliwości”? Odpowiedź znajdujemy w listach św. Pawła. Apostoł narodów naucza gminę w Koryncie, że ci, którzy głoszą Ewangelię, powinni żyć z Ewangelii (1 Kor 9, 14). Ale św. Paweł jest gotowy zrzec się tego prawa, jeżeli miałoby to stać się w pewnych okolicznościach dla wiernych znacznym obciążeniem (2 Tes 3,8).

„W miarę możliwości” może również oznaczać dziesięć procent dochodów. Wielu katolików w Polsce, którzy praktykują dzisiaj dziesięcinę, podkreśla, że wypływa to z miłości i poczucia obowiązku, a nie z ekonomicznej kalkulacji (Gość Niedzielny, 05/2014). Ale dlaczego nie jest to osiem lub dwanaście procent? Czy za dziesięciną nie kryje się gdzieś mimo wszystko teologia sukcesu?

Punktem odniesienia nie powinno być dziesięć procent moich dochodów. Z jednej strony powinny to być potrzeby lokalnej wspólnoty, do której należymy, a z drugiej strony nasze dochody, które w każdej chwili mogą ulec zmianie. Mogą zmienić się również nasze potrzeby. Ofiara na kościół jest więc wypadkową tych dwóch zmiennych czynników. Jest ona przede wszystkim dobrowolną ofiarą ciągle na nowo podejmowaną w nowych okolicznościach.

To sami chrześcijanie decydują o wysokości ofiary na Kościół. Nic innego lepszego nie można wymyślić. Ale pojawił się ostatnio w Polsce nowy pomysł. Kościół opowiada się za stworzeniem nowoczesnego modelu finansowania instytucji wyznaniowych, podobnego do rozwiązań w innych państwach europejskich. Chodzi o dobrowolny odpis 0,5 procenta podatku od osób fizycznych na cele religijne.

Tylko pozornie będzie to dobrowolny odpis. W rzeczywistości będzie to równoznaczne z wysłaniem błędnego sygnału do społeczeństwa, że Kościół aprobuje system podatkowy w Polsce, a w tym istnienie podatku dochodowego, którego ściąganie nie ma wiele wspólnego z dobrowolnością. Podatek ten jest w rzeczywistości karaniem ludzi za pracowitość i kreatywność. Karać kogoś za to, że swoją pracą i przedsiębiorczością potrafi służyć innym na rynku, jest niedorzecznością.

Strona kościelna twierdzi, że instytucje o charakterze charytatywnym, opiekuńczym bądź medycznym prowadzone przez podmioty kościelne mają prawo korzystać z finansowania ze środków publicznych analogicznie jak organizacje pozarządowe. Powstaje jednak pytanie, czy będzie to jeszcze działalność charytatywna, jeżeli pieniądze będą pochodzić tylko z pozornie dobrowolnego odpisu od podatku, który ze swej natury nie jest dobrowolny. Istnieje do tego jeszcze całkiem realne zagrożenie zredukowania tak finansowanej pomocy charytatywnej Kościoła do poziomu świeckiej filantropii.

Stabilizacja. Bezpieczeństwo. Godne życie duszpasterzy… Święty Paweł nie myślał w tych kategoriach. W liście do Filipina pisał: „nauczyłem się wystarczać sobie w warunkach, w jakich jestem. Umiem cierpieć biedę, umiem i obfitować. Do wszystkich w ogóle warunków jestem zaprawiony: i być sytym, i głód cierpieć, obfitować i doznawać niedostatku.” (Flp 4,11-12).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top