Nie karmimy hipopotamów

Ernesto Sirolli jest włoskim autorem książek i mówcą z ogromnym doświadczeniem w dziedzinie lokalnego rozwoju gospodarczego. W latach siedemdziesiątych ub.w. pracował w Zambii dla włoskiej organizacji pozarządowej. Młody Włoch chciał nauczyć Zambijczyków, jak sadzić pomidory. Zapłacił im za pracę, więc została ona wykonana. Gdy pomidory urosły i dojrzały, przyszły hipopotamy i wszystko zjadły. Wtedy dopiero dowiedział się, dlaczego nikt z Zambijczyków nie sadził ich w tamtym miejscu.

Mydło, kozy i kury

Należy słuchać ludzi, którym chce się pomóc. Pracując dla wewnętrznych przesiedleńców w Liberii, widziałem wiele projektów zrealizowanych przez organizacje pozarządowe. Były wśród nich też tzw. white elephants (ang. białe słonie), czyli coś, co kosztowało dużo pieniędzy, ale nie ma użytecznego celu. Sam taki projekt kiedyś prowadziłem. Hiszpański rząd finansował projekt warsztatów, aby nauczyć uchodźców produkcji mydła. Trudno było jednak znaleźć w obozie chętnych do tego przedsięwzięcia, ponieważ gotowe mydło można było kupić za grosze na ulicznych straganach. Projektu nie mogłem zmienić. Był wcześniej zatwierdzony przez madryckich urzędników, a ja byłem tylko jego wykonawcą.

O tym, że należy słuchać, zanim zaczniemy innym pomagać, przekonała się również Monika Wojtoń-Perz. Dzisiaj prowadzi ona Fundację ASBIRO i razem realizujemy projekty, które mają na celu wspieranie prywatnej edukacji w Zambii. Kilka lat temu, kiedy byłem jeszcze w Zambii. Monika miała swoją własną fundację i pomagała pewnej szkole w kenijskim buszu. Zainwestowała w hodowlę kóz i kur. Miał to być projekt pomocowy, który dawałby szkole stałe dochody. Hodowla nigdy nie stała się dochodowa. Przedsiębiorczyni z Krakowa porzuciła kenijski projekt i zaczęła szukać innego sposobu, aby pomagać dzieciom w Afryce.

Lokalny przedsiębiorca

W maju 2016 r. powróciłem z Zambii do Polski, ale w październiku pojechałem znowu do Lindy w celu rozpoczęcia nowego projektu. Wiedziałem, że będą mógł go realizować na odległość. Nie był to też projekt, który sam wymyśliłem przy biurku. Chciałem go zrobić z lokalnym przedsiębiorcą. Włoski mówca, który szkoli przedsiębiorców na całym świecie, ostrzega przed pytaniem lokalnej ludności o potrzeby. Może wiedzą, co jest im potrzebne, ale nie wiedzą, jak to zrobić. Taką wiedzę posiada tylko miejscowy przedsiębiorca, ale on nie przychodzi na takie spotkania. Jest zajęty swoją prącą. Gdyby to, o czym myślimy, było możliwe do zrealizowania, to już dawno byłoby wykonane dla zysku.

Do Lindy wróciłem, ponieważ znałem tam Johna Musondę, właściciela Mujo’s Sky Limited School. Poznałem go zaraz po rozpoczęciu pracy duszpasterskiej w 2011 r. w parafii Świętej Rodziny w Lindzie. Był w radzie parafialnej. Zaprosił mnie do swojej szkoły. Był z niej dumny, a ja byłem pełen podziwu dla jego przedsiębiorczości. Była to szkoła, która przynosiła zysk. Musonda utrzymywał z tego swoją rodzinę, a dzieci miały edukację, za którą płacili ich rodzice.

Sytuacja win-win

W Lindzie spędziłem 5 lat. Byłem proboszczem i zbudowałem prywatne przedszkole. Udało się mi też otworzyć pierwszą klasę szkoły podstawowej. Miałem doświadczenie w prowadzeniu szkoły w Zambii. Chciałem go wykorzystać, aby zrobić coś więcej dla edukacji w Lindzie. Przez pewien moment pojawił się pomysł, aby zbudować własną szkołę, założyć miejscową fundację i wszystkim pokazać, jak powinna wyglądać prawdziwa szkoła. Górę wzięło afrykańskie doświadczenie i rozsądek.

Nowy projekt postanowiłem zrealizować razem z Musondą w jego prywatnej szkole, który w lokalnej społeczności odniósł już sukces. Rodzice przyprowadzali co roku do szkoły Musondy swoje dzieci. Dochody nie były jednak wystarczająco wysokie, aby inwestować w rozwój szkoły i ponieść poziom edukacji. Miałem pomysł, jak mu pomóc. Sam jako obcy nie byłbym w stanie dotrzeć do dzieci w Lindzie. Musonda taką widzę już posiadał i postanowiłem z niej skorzystać. Była to kolejna sytuacja win-win (ang. wygrana-wygrana), w której nie ma przegranych.

Daj wędkę, a nie rybę

Nowy projekt powoli kształtował się podczas mojego pierwszego pobytu u szkole w Lindzie. Fundacja ASBIRO zainwestowała w wyremontowanie mieszkań dla wolontariuszy na terenie szkoły. Została doprowadzona woda i postawiony zbiornik. Pierwszą wolontariuszką w nowym projekcie w Lindzie była Monika, która szukała swojego nowego miejsca na mapie pomocowej Afryki.

Daj wędkę, a nie rybę. To była zasada, którą kierowaliśmy się od samego początku. Wiedzieliśmy, że pomoc może uzależnić. Nauczyłem się tego od Dambisy Moyo, zambijskiej ekonomistki i autorki książki Dead Aid: Why Aid Is Not Working and How There Is a Better Way For Africa? (ang. Martwa pomoc: dlaczego pomoc nie działa i jak jest inna droga dla Afryki?). Moyo stawia tezę, że pomoc finansowa płynąca do Afryki z Zachodu nie pomaga afrykańskim krajom w rozwoju i zwalczaniu biedy. Taka pomoc szkodzi i uzależnia Afrykę od zachodnich rządów. Moyo przekonuje, że trzeba znaleźć inny sposób.

Na wyjście z biedy przedsiębiorczość

W Fundacji wiemy, że jest nim przedsiębiorczość. Szkoła biznesu ASBIRO, przy której powstała fundacja, jest uczelnią w której nie tylko uczą się przedsiębiorcy, ale także wykładają. Monika prowadzi swoją własną firmę „Prasologia” w branży pralnie i farbiarnie. Fundacja i projekt przyciąga do siebie ludzi przedsiębiorczych.

Tacy ludzie wyjeżdżają też na wolontariat do Lindy. – Co myślisz o tym, że za wyjazd, mieszkanie i wyżywienie w Zambii musisz zapłacić  – pytam ochotników na wyjazd do Zambii podczas wstępnego wywiadu. Wszyscy uważają to za coś zupełnie normalnego. Rozdawanie cudzych pieniędzy nie jest dobroczynnością, a praca za utrzymanie nie jest wolontariatem.

Przedsiębiorczości w Afryce mogą uczyć tylko ci, co sami są w życiu są przedsiębiorczy i odnieśli sukcesy. Wierzymy, że wykształcenie i odpowiednie umiejętności mogą zapewnić młodym Zambijczykom lepszą przyszłość i stworzyć szansę na godne życie. Dlatego zbudowaliśmy i wyposażyliśmy dla nich bibliotekę, salę informatyczną, a aktualnie skupiamy się na projekcie świetlicy edukacyjnej. Wszystkie projekty powstały oddolnie we współpracy z Musondą i wolontariuszami, a pieniądze pochodzą od prywatnych darczyńców lub zbierane są wśród przyjaciół i znajomych wolontariuszy.

Cechą dobrego przedsiębiorcy jest wsłuchiwanie się w potrzeby innych ludzi. Robimy to również we własnym interesie. Wydając własne pieniądze, nie chcemy karmić hipopotamów.

————————————-

Misjonarz, 7-8/2020, str. 18-19.

Zdjęcie u góry: Monika Wojtoń-Pezr w salce komputerowej w szkole w Lindzoe, 2021 r.

Zdjęcia: Jacek Gniadek SVD

John Musonda w swoim szkolnym biurze w Lindzie, 2019 r.

Autor i John Musonda na Jasnej górze w Częstochowie, 2019 r.

Dzieci w drodze do szkoły w Lindzie, 2019 r.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to top