Genialny pomysł św. Arnolda

Każdy, kto był w Afry­ce, widział, że autobusy ruszają w trasę dopiero wtedy, kiedy zapełnią się pasa­żerami. Nikt nie próbuje tego zmieniać. Miejscowi cierpliwie czekają, narzekają tylko turyści. Tak do niedawna było też w Za­mbii. Wszystko zmieniło się za sprawą jednego człowieka.

Jeden przedsiębiorca może dużo

Zaprosiłem go z wykładem na Business Camp, na który w 2016 r. przyjechała grupa oko­ło 20 młodych przedsiębiorców z Polski. Opowieść Mr Mazhan­du przykuła uwagę wszystkich. Pochodzący z Zimbabwe przed­siębiorca, dzisiaj właściciel jed­nej z największych firm trans­portowych w Zambii, osiem lat temu, kiedy wszyscy mówili mu, że to się nie uda, wziął w leasing kilka autobusów od Chińczyków. Postanowił, że autobusy będą kursować zgodnie z rozkładem jazdy. To był strzał w dziesiąt­kę. Jego firma Mazhandu Fami­ly Bus Services odniosła sukces. Był pierwszym, który zauważył, że jest na rynku taka potrzeba. Doskonale odczytał preferencje Zambijczyków. Skąd o tym wie­dział? Miał wcześniej dwa stare autobusy i dzięki temu trochę wiedzy z tej branży.

Przedsiębiorczości nie moż­na nauczyć się w szkole. Zambij­ski przykład i zdrowy rozsądek podpowiadają, że przedsiębiorcą jest człowiek, który osiąga zy­ski jedynie wtedy, kiedy potrafi przewidzieć przyszłe warunki trafniej niż inni. Przedsiębior­ca koncentruje się na osiągnię­ciu zysków z dostosowania produkcji do przewidywanych w przyszłości zmian. Związane jest z tym ryzyko. Związek między niepewnością a ludzkim dzia­łaniem jest nierozerwalny. Nie­pewność zawiera się już w sa­mym pojęciu działania. Zmagają się z nią nie tylko przedsiębiorcy, ale także święci.

Młody ksiądz i nauczyciel matematyki

W drugiej połowie XIX w. w Niemczech nie było żadne­go misyjnego seminarium, któ­re przygotowywałoby do pracy na misjach. Był jeden człowiek, który to zauważył. Młody ksiądz i nauczyciel matematyki z die­cezji Münster – Arnold Janssen (+ 1909). Na początku skupił się na wydawaniu miesięcznika „Mały Posłaniec Serca Jezuso­wego” w celu szerzenia idei mi­syjnej. Początkowo próbował przekonać innych do otwarcia takiego misyjnego seminarium w Niemczech. Po spotkaniu z prefektem apostolskim z Hong­kongu, bp Giovanni T. Raimon­di, postanowił wziąć sprawy we własne ręce.

Był to czas, kiedy kanclerz Otto von Bismarck (+1898) usiłował doprowadzić do ogra­niczenia wpływów Kościoła katolickiego w Niemczech. Ze względu na szerzący się Kultur­kampf pomysł młodego księdza był niemożliwy do zrealizowania w Niemczech. Może z tego po­wodu uważano Janssena za sza­leńca. Z dzisiejszej perspektywy widzimy, że był bożym szaleń­cem. Wpadł na genialny pomysł, by otworzyć dom misyjny dla niemieckich księży poza grani­cami Niemiec. Nie gdzieś daleko w Rzymie, ale tuż przy niemiec­kiej granicy. Wybór padł na Ho­landię. W Steylu, obok przystani promowej na Mozie, kupił nie­używaną gospodę. Na początku był to tylko dom dla księży die­cezjalnych. Pomysł na zgroma­dzenie powstał później.

Przedsiębiorca widzi więcej

Powstawanie nowych zgro­madzeń zakonnych nie różni się od powstawania nowych przed­siębiorstw. Założyciele i przed­siębiorcy mają coś, czego nie po­siadają inni. Tworzą coś nowego w warunkach, w których nikt inny by się tego nie odważył. Jedni i drudzy odkrywają i reali­zują Boże plany w swoim życiu i je konsekwentnie realizują.

W Lusace, obok prywatnej szkoły Johna Musondy, któremu od trzech lat pomagam razem z Fundacją ASBIRO, powstała nowa szkoła podstawowa. Sie­dem lat temu Ethel Tembo za­czynała od małej grupki dzieci, których rodziców nie było stać na szkołę. W ubiegłym roku Tembo oficjalnie zarejestrowała swoją szkołę. Jest położona za­ledwie 300 m od szkoły Johna. Nikt nie przypuszczałby, że jest to dobre miejsce na otwarcie kolejnej szkoły. Tworzenie szko­ły zajęło jej kilka lat. Co roku otwierała jedną klasę. Sama za­częła się dokształcać i ukończyła studium nauczycielskie. Dzisiaj obok siebie funkcjonują dwie różne szkoły. Jedna droższa, dru­ga tańsza. Rodzice mają wybór.

Przedsiębiorca jest wytrwa­ły w dążeniu do celu i dlatego odnosi sukcesy. Widzi więcej i to, co dla innych jest przeszko­dą, dla niego jest szansą. Taki był również św. Arnold Janssen. Nie narzekał na czasy, w których żył. Zwykł mawiać: „Pan rzuca wyzwanie naszej wierze, byśmy zrobili coś nowego dokładnie wtedy, kiedy tak wiele rzeczy w Kościele zaczyna się rozpadać”. I tak się stało. Z domu misyjnego wkrótce powstało misyjne zgro­madzenie Societas Verbi Divini. Pierwsi misjonarze wyjechali do Chin. Powstała najnowocze­śniejsza w Holandii drukarnia, gdzie drukowano tysiące misyj­nych kalendarzy. W momencie śmierci Założyciela w zgroma­dzeniu było 600 braci zakonnych w ślubach wieczystych i 430 ojców.

Nieznana przyszłość

Dzisiaj w nowicjacie Pol­skiej Prowincji jest jeden nowi­cjusz, kiedyś było nas 43. Zasta­nawiam się, dlaczego w Polsce nie ma nowych powołań? Przy­czyn tego załamania nie szukam, ponieważ nie znam też przyczyn ich nagłego wzrostu w niedawnej przeszłości. Znam historię moje­go powołania. Nic nie wiedzia­łem o werbistach, pojechałem w ciemno. A może po to jest mniej powołań, by w Polsce po­jawili się misjonarze z zewnątrz? Rektorem w warszawskim domu jest współbrat z Togo, o. Firmin Azalekor SVD. Wszystko ma swój cel. Dla ludzi przedsiębior­czych, a takimi są misjonarze, kryzys nie jest końcem wszyst­kiego, a początkiem czegoś nowego.

———————–

Komunikaty SVD 1/2020, str. 22-23.

Zdjęcie u góry: Ethel Tembo przed swoją szkołą w Lindzie. (fot. Jacek Gniadek SVD)

Mr Mazhandu w swoim biurze w Lusace. (Jacek Gniadek SVD)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top